Anna about her Azerbaijan trip

ENGLISH TRANSLATION

Do Tbilisi dojechaliśmy około północy w bardzo entuzjastycznych humorach, czyli – ja usiadłam na krawężniku z miną cierpiętnicy, a Michał się denerwował. Nie wiedzieliśmy gdzie będziemy spać i w którą stronę iść. Taksówkarze tłumnie rzucili się na nas i tym razem skorzystaliśmy z ich pomocy.

Taksówkarz obiecał podwieźć nas do taniego hotelu. Gdy dowiedział się, że jesteśmy Polakami wręczył nam gazetę „Polonia Kaukaska”. Był to numer specjalny, wydany zaraz po katastrofie smoleńskiej. W Gruzji nie tylko ogłoszono żałobę narodową, ale również jedną z alei nazwano imieniem Lecha Kaczyńskiego. W hotelu recepcjoniście nie spodobał się nasz banknot 50-dolarowy, bo był lekko postrzępiony. Panu z kantoru również miał te same zastrzeżenia, więc wymieniliśmy inny banknot, który „spełniał normy”.

Czytaj pierwszą część wyprawy do Azerbejdżanu

Następnego ranka, po wymeldowaniu się z hotelu, pojechaliśmy do Ambasady Azerbejdżańskiej. Niestety spóźniliśmy się, bo była tylko czynna w godz. 10-12. To przedłużało nasz pobyt w stolicy Gruzji o kolejny dzień, bo na wizę czekało się 3 dni. Lekko zrezygnowani poszliśmy do kafejki internetowej, gdzie humor poprawiła nam pogoda. W Polsce 15 C, tutaj ponad 30. To nic, że zbytnio nie wiedzieliśmy gdzie będziemy spać – w taką pogodę to można nawet pod chmurką, byle nie w centrum miasta.

Mieliśmy już wychodzić, gdy do kafejki weszła grupa Polaków. Studenci z Krakowa, jak miło! Poszliśmy z nimi na piwo, gdzie wymieniliśmy się informacjami praktycznymi. Przylecieli do Erewania, stolicy Armenii, a stamtąd poruszali się już autostopem, który w ich przypadku był wymuszonym zbiegiem okoliczności. Dzięki temu poznali mężczyznę, który całą szóstkę ugościł u siebie w Tbilisi. Od jednej dziewczyny dostałam namiary na tani hostel, gdzie postanowiliśmy przenocować.

Tbilisi
Dotarliśmy na stację metra, skąd mieliśmy iść dalej. Michała i mój zmysł orientacji w terenie chciał iść prosto, ale zaczepiła nas Pani krzycząc za nami: „Turysty!”. Oferowała hostel w przystępnej cenie. Stwierdziliśmy, że nie chce nam się błądzić i pójdziemy za Panią Naganiaczką. Jakie było nasze zdziwienie, gdy doszliśmy pod hostel. To był ten sam, którego szukaliśmy. Gospodyni poczęstowała nas kawą i arbuzem. Poznaliśmy dwie Niemki – Joannę i Maricel, które razem podróżowały. Joanna urodziła się w Polsce, ale jak miała 3 lata, wyjechała z rodziną do naszych zachodnich sąsiadów. Na szczęście rodzice zadbali o to, by znała język polski. Rozmawialiśmy w miksie polsko-angielsko-rosyjskim, a one dodatkowo czasami się przekrzykiwały po niemiecku lub ukraińsku. Szkoda, że to był ostatni dzień ich podróży.

Tbilisi bardzo różniło się od Batumi. Nawierzchnie bez dziur, równo przycięte trawniczki i bardzo mało samochodów bez zderzaków. Jednak stolica Gruzji mnie nie zachwyciła. Gwar, zapchane chodniki, korki i brak czegoś. Czego?

Miałam wrażenie, że w Tbilisi sklepikarze sprzedawali wszystko, co akurat mieli pod ręką – kombinacja sklepu z papierosami, butami i kilkoma szamponami do włosów na wystawie – nie przestawała dziwić. Przed wejściem do jednej z cerkwi kobiety okrywały głowę burymi halami. Mężczyźni wchodzili tylko w długich spodniach. My zatrzymaliśmy się w przedsionku – nie mieliśmy zamiaru iść dalej. Od razu zwrócono nam uwagę.

Małe wodopójki były wszędzie, dzięki czemu mieliśmy duży zapas wody.

Nazajutrz pojechaliśmy ponownie do ambasady azerbejdżańskiej. Trochę pobłądziliśmy marszutkami, bo każdy kierował nas w innym kierunku, a rozkładu jazdy – brak. Nieoficjalnie obowiązywał mniej więcej taki – „90, 102, 107” – „jak przyjedzie, to będzie”. Za przejazd w marszutce płaci się przy wysiadaniu, wychodząc przednimi drzwiami i zostawiając pieniądze kierowcy. To nie było dla nas skomplikowane. Bardziej problematyczne okazało się obsługiwanie automatu w marszutce. Wypluwał włożone do niego pieniądze, więc stwierdziliśmy, że pojedziemy na gapę. Nie ominęła nas oczywiście kontrola. Michał pięknie z niej wybrnął mówiąc: „I didn’t know how…”. Pan Kontroler machnął ręką. Następny kontroler coś za nami krzyczał, ale już wysiedliśmy.

Jeden z licznych wodopojków w Baku Przy ambasadzie czekała na nas kolejka złożona z Turków. Wnioski wizowe uzupełniliśmy zielonym długopisem, wpisując nasze dane na murze ambasady. Gdy przyszła nasza kolej do oddania wniosków, pokierowano nas do biura turystycznego, które załatwiało wizę w jeden dzień. Przy ambasadzie dyskretnie poinformowano nas, że oprócz opłaty 60 euro za wizę, będziemy musieli jeszcze zapłacić bakszysz, czyli łapówkę w wysokości 20 lari (tj. 40zł). W biurze turystycznym przy wpłacie pieniędzy za wizę, pani po angielsku upomniała się o „opłatę administracyjną”. Cóż, przynajmniej pozbyliśmy się naszej postrzępionej 50-dolarówki, by wspomóc korupcję w Azerbejdżanie.

Wieczorem na miejsce Poliglotek-Niemek przyjechała para Polaków, którzy również podróżowali jak wcześniej spotkania studenci – z Erewania do Tbilisi. Wszystko dzięki promocji naszych polskich linii lotniczych, która pół roku wcześniej sprzedawała bilety do Armenii w bardzo atrakcyjnej cenie.

Następnego dnia odebraliśmy nasze wizy i pojechaliśmy marszutką w stronę miasta oddalonego kilkanaście kilometrów od stolicy Gruzji, Rustavi. Gdy Michał zorientował się, że będziemy skręcać w miasto – zatrzymał kierowcę marszutki. Wysiedliśmy. Tu poznaliśmy dziennikarza, który podróżował z trzema paszportami – czeskim, gruzińskim i rosyjskim. Używał ich zamiennie, w zależności od kraju i wizy jaką miał zapłacić. Powitał nas słowami: „Hello! Gandzia?”. Co za bezpośredni chłopak! Minęła chwila, zanim zrozumieliśmy, że pyta nas o drugie co do wielkości miasto w Azerbejdżanie. Na pustej drodze szybko złapaliśmy stopa do granicy. Podwiozło nas dwóch mieszkańców Azerbejdżanu, którzy wieźli pomidory do Baku. Mówili po rosyjsku.

Dotarliśmy do przejścia granicznego, tzw. Czerwonego Mostu (który zniszczony już nie funkcjonował). Celnik z Gruzji długo oglądał nasze paszporty, a jeszcze dłużej robił to celnik z Azerbejdżanu. Łamaną angielszczyzną wypytał Michała o to, gdzie jedziemy, na jak długo, co studiujemy. Znowu darowano sobie rozmowę ze mną. Dostałam pieczątkę za uśmiech, a przede wszystkim za sprawozdanie mojego kolegi.

Błędem okazało się zostawienie bagaży w samochodzie dostawczym naszych kierowców. W przeciwieństwie do nas – stał w długiej kolejce. Czekając, siedzieliśmy przy bramie granicznej, podziwiając odnowione przejście. Przeszkadzały nam tylko koparki, które pracowały i kurzyły na nas piachem. Nie mogliśmy wrócić się po nasze bagaże. Nasza wiza uprawniała nas tylko do jednokrotnego przejścia przez granicę. Nasi kierowcy okazali się na tyle mili, że wrócili się po nasze bagaże. Dzięki temu mogliśmy łapać stopa dalej.
Nowe przejście graniczne Azerbejdżanu
Oprócz szybkiego śniadania, nic nie jedliśmy cały dzień, więc postanowiliśmy najpierw zjeść kolację w pobliskim targu. „Targ”, to raczej nie do końca odpowiednie słowo. Rodzaj marketu z jedzeniem. Prowizoryczne stoły z dziurawymi ceratami, drewniane ławki, zamrażarki położone na ziemi. Przedłużacze pozawieszane nad naszymi głowami. Kable leżące w pyle. Kobiety przekrzykujące się głośniej niż krakowskie kwiaciarki. Mężczyźni trzymający gruby plik pieniędzy w rękach, tzw. chodzące kantory. Ludzie leniwie leżący z tyłu swoich straganów. Cena za butelkę wody trzy razy wyższa, niż normalna. I my. Budzący zainteresowanie, bo z wielkimi plecakami turystycznymi. Ktoś nas nawet pytał, do czego jest karimata, zwinięta na samym wierzchu.

Dzięki umiejętnościom komunikacyjnym Michała szybko zebrał się obok nas wianuszek kierowców. Trochę na migi, trochę po rosyjsku zaczęli z rozmawiać z moim kolegą. Tematów nie brakowało. Zainteresowanie wzbudził nasz przewodnik. Najgorszym błędem jakie wydawnictwo mogło popełnić jest umieszczenie Azerbejdżanu i Armenii w jednej książce. Oba te państwa żyją w stanie zimnej wojny. Powodem jest pasmo górskie, Karabach. Nie ma przejść granicznych między Armenią i Azerbejdżanem. Nie istnieje między nimi nawet łączność telefoniczna. Na końcu jest mapa. Wspólna. A mniej więcej pośrodku górski Karabach.

Pytano Michała, co o tym sądzi. Dyskusja jeszcze bardziej ożywiła się, a ja dyskretnie schowałam przewodnik, który był lekką bombą. Stwierdziliśmy, że spróbujemy coś złapać. Pożegnaliśmy naszych towarzyszy, chociaż byli pewni, że wrócimy. Wróciliśmy. Staliśmy ponad pół godziny na przejściu, które w nocy okazało się martwe. Chyba nas polubili, bo nie tylko zaczęli nas karmić (a my po kolacji!), ale i zaproponowali, że nas podwiozą rano do Baku. Jeden kierowca z całym wachlarzem złotych zębów powiedział, że jego autobus jest pusty w nocy, to możemy się tam przespać. Mieszkańcy Azerbejdżanu nie słodzą herbaty, tylko pijąc ją zagryzają kostkami cukru. Z ciekawostek jeszcze wszyscy palą cienkie papierosy. Rano znowu nas nakarmiono i posadzono za kierowcą autobusu. 10 godzin jazdy do Baku okazało się lekko nudne, ale na szczęście w miarę szybkie.

Gdy dojechaliśmy do stolicy Azerbejdżanu, nie zrozumieliśmy się z kierowcą autobusu. Zażądał od nas 20 manatów (tj. jakieś 80 zł). Zapłaciliśmy, ale poczuliśmy się lekko oszukani. Wiedział, że jesteśmy autostopowiczami. W ramach rozgrzeszenia się, gdy siedzieliśmy w marszutce jadącej do centrum, stwierdziliśmy, że nocleg za darmo… Kolacja, śniadanie, obiad za darmo… Wyszliśmy i tak na plus, prawda?

Już w marszutce dziecko zwróciło uwagę Michałowi, że ma krótkie spodenki, ciągnąc go za nogawkę. Podobno krótkie spodenki w Azerbejdżanie wiążą się z odmiennymi preferencjami seksualnymi. Swoją drogą mężczyźni są dla siebie bardzo przyjacielscy. Przytulanie i całowanie na powitanie to nic dziwnego. W Polsce nadmierna czułość wśród kolegów byłaby potraktowana jednoznacznie.

Nocleg mieliśmy z CouchSurfingu. Mieszkanie Ievy, naszego hosta, okazało się mini-hostelem, gdzie trójka mieszkańców codziennie przyjmowała nowych podróżników. Ieva pochodziła z Litwy, jej współlokator z USA, a jej współlokatorka ze Szwecji. Tego dnia gościli też dwie dziewczyny – jedną z Wielkiej Brytanii, drugą z Nowej Zelandii – oraz jednego Francuza. Mogliśmy spać w pokoju albo na dachu. Pierwszej nocy wybraliśmy pokój.

Zwiedzanie następnego dnia rozpoczęliśmy od Bulwaru i Starego Miasta

Baku to przykład miasta, które z biednego miasteczka przeobraziło się w ciągu kilku lat w metropolię. A wszystko dzięki ropie, która była motorem tego rozwoju. Ropę czuć szczególnie, gdy przechodzi się Bulwarem i jej intensywny zapach drażni nos. Drażniła też oczy, bo gdy podejdzie się do barierek, widać wyraźne smugi ropy na Morzu Kaspijskim. W sklepie spożywczym zaczepił nas młody Azerbejdżanin. Rauf [1], jak się okazało, był w maju tego roku w Polsce. Zaprosił nas do budynku instytucji w której działał i polecił nam kilka miejsc, które moglibyśmy odwiedzić. Jednym z nich było Fire Temple do którego całkiem przypadkowo wybraliśmy się tego samego wieczoru.

Zasługą był zbieg okoliczności, bo gdy wróciliśmy do naszego mini-hostelu, powitali nas nowi goście, Polacy. Agnieszka, Olek i Wojtek podróżowali na stopa przez Azję Centralną i Baku było ich ostatnim przystankiem w drodze powrotnej do Polski. Oczywiście na stopa. Szybko zjedzona kanapka z Michałem i grupa 10 osób czekająca na nas, by pojechać za miasto, gdzie znajdowały się wiecznie palące skały. Najpierw metrem z przesiadką, później kilkanaście kilometrów marszutką. Tam, zachowywaliśmy się głośno, śmiejąc się z różnych historii, które spotkały nas podczas podróży. Za głośno. W pewnym momencie jeden z pasażerów zaczął krzyczeć patrząc w naszą stronę. Jedyne słowo, które zrozumieliśmy to: „Azerbejdżan”. Z drugiego końca marszutki krzyczącemu panu zaczęła wtórować jakaś kobieta. Poczuliśmy nieciekawą atmosferę. Zanim wysiedliśmy, starsza pani wytłumaczyła nam po rosyjsku, że w Azerbejdżanie tak się nie zachowuje. Tak się nie śmieje. Tak nie wypada. To nic, że reakcją kilku pasażerów był krzyk, który nie równał się naszym wybuchom śmiechu.

Droga do Janar Dah – miejsca, gdzie przez cały czas płoną skały, dzięki gazom ulatniającym się spod ziemi – prowadziła przez polne drogi. Mieliśmy „przewodników”, młodych Azerbejdżanów, którzy w zamian za pomoc chyba liczyli na zainteresowanie naszych blond koleżanek. Na szczęście koleżanki miały innych kolegów, więc były bezpieczne.

Fire Temple nas rozczarowało. Palące się skały, mimo nocy, nie robiły dużego wrażenia. Droga powrotna znowu prowadziła przez pola. Stamtąd wróciliśmy taksówką, jadąc w 7 osób, łącznie z kierowcą. Nie chcieliśmy przepłacać i brać drugiej, mimo że pusta i zaprzyjaźniona taksówka jechała przed nami i wskazywała drogę naszemu kierowcy. Polscy studenci zaśpiewali taksówkarzowi: „Stokrotkę”. W podziękowaniu za nasz piękny utwór pogłośnił radio.

[1] Więcej o nim – a przede wszystkim o konflikcie między Armenią, a Azerbejdżanem można przeczytać pod tym linkiem: klikając tutaj

This entry was posted in Random and tagged , , , , , , , . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s